forBet promocja

Rozmowa - II liga - Inne

W. Grzyb: Nigdy nie byłem stereotypowy

2013-11-23 01:40:26 Wojciech Grzyb, Concordia Elbląg, Hannover 96, Olimpia Elbląg

Wojciech Grzyb. Fot. Michał Kuna

Wojciech Grzyb. Fot. Michał Kuna

Jest żywą legendą Ruchu Chorzów i jednym z najbardziej doświadczonych ligowców ostatnich lat. Do naszego województwa trafił z kolei zupełnie przypadkiem, bo... przez żonę. - Moim idolem jest Diego Simeone. Bardzo podoba mi się jego styl, a Atletico pod jego wodzą, to mój ulubiony klub w La Lidze. Wydaje mi się, że Simeone przy linii jest takim samym walczakiem, jakim był na boisku – mówi Wojciech Grzyb, trener II-ligowej Concordii Elbląg.

 

- Nie psuje Pan sobie trochę nazwiska pracą w Concordii?

- Parę razy przeszło mi to przez myśl... Z drugiej jednak strony, jeśli chcę być trenerem, to muszę zmierzyć nawet z tak wielkim wyzwaniem jak walka o punkty z Concordią. Nie sądziłem, że będzie to aż takie trudne, że zanotujemy aż tak fatalną serię. Nie raz mówiłem już i, mam nadzieję, pokazywałem, że jestem ostatnią osobą, która się poddaje. Jutro kończy się runda i zobaczymy, co będzie dalej. Wtedy przyjdzie czas na to, by podsumować to, co było dotychczas. Jeżeli nie zapunktujemy z liderem, to ambicja i wewnętrzny głos nakażą mi podać się do dymisji. Czy zarząd ją przyjmie? Tego już nie wiem. Praca w Concordii to dla mnie na pewno szkoła życia. Jestem w tym klubie od dwóch miesięcy i na własnej poznałem w tym czasie kawał trenerskiego fachu. Na pewno wyciągnę z tego wnioski i postaram się, by była to dla mnie pożyteczna lekcja na przyszłość.

- „Jak nie zapunktuję, podaję się do dymisji” - traktować to jak deklarację?

- Tak, powiedziałem to już na konferencji po ostatnim meczu, w obecności kilku dziennikarzy. Poszło to w eter i myślę, że nie mogę się z tego wycofać.

- Niektórzy już spekulują: „jeszcze jedna wtopa Conki i Grzyb pojedzie jak Przytuła”. Widział Pan w sieci tyradę niedawnego kolegi z boisk Ekstraklasy?

- Tak, tak. I nawet do tego nawiązałem w swoim ostatnim monologu podczas wspomnianej konferencji. To miało wspólne cechy z tym, co powiedział Krzysiek Przytuła. Oczywiście nie chciałbym powielać tego co zrobił, ale prawda jest taka, że w Concordii jest mnóstwo rzeczy, które mnie, jako początkującego trenera, po prostu zszokowały. Chodzi mi głównie o sprawy czysto sportowe.

- O proszę! Nie organizacyjne?

- Jaka jest organizacja klubu, wiedziałem od początku, w momencie, gdy przychodziłem. Wiedziałem, że za mocno się tutaj nie przelewa, że nie ma luksusów. Przyjąłem zresztą taką propozycję, jaką dostałem od klubu. Zero negocjacji.

- Nie ma Pan więc focha na „złych działaczy”, chodzi o to, co na boisku?

- Dokładnie. Działacze mają swoje problemy. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że klubem numer jeden, jeśli chodzi o piłkę, jest Olimpia Elbląg, która ma kibiców i bogatą historię. Jest też Start Elbląg, który w piłce ręcznej kobiet gra na najwyższym poziomie. Concordia jest wobec tego klubem troszeczkę niechcianym. Mimo wszystko trzeba więc mieć szacunek do ludzi, którzy od paru dobrych lat robią mnóstwo rzeczy na własną rękę i wykładają na piłkę swoje pieniądze. Może nie są to pieniądze wielkie, ale jednak są. I są wykładane w oparciu o pasję do futbolu. Ten klub dotarł przecież do II ligi. Może zbyt wcześnie, może w emocjach, może na razie to za wysokie progi, ale skoro uśmiechnął się los i Concordia gra w II lidze już drugi sezon, trzeba tych sił w II lidze próbować. Wiadomo, czeka nas reorganizacja i szanse na utrzymanie niewielkie. Nie tylko nasze zresztą, bo przecież spadkiem jest zagrożona ponad połowa klubów ligowej tabeli. Nawet Olimpia Elbląg, która jest klubem teoretycznie dużo lepiej poukładanym, może z tej ligi spaść. O ile oczywiście plany dotyczące reformy zostaną utrzymane, bo słyszałem już różne propozycje na ten temat. Wracając natomiast do Concordii, chodzi mi przede wszystkim o sprawy czysto sportowe, choćby te związane z podejściem do gry i treningów. Podczas jutrzejszej konferencji po meczu postaram się, bez względu na wynik, co nieco więcej na ten temat powiedzieć.

- Dobra. Zostawmy sprawy bieżące i przypomnijmy, że do Elbląga sprowadził się Pan „za żoną”. Pana małżonka Kinga Grzyb trafiła do Startu Elbląg, a Pan podążył za nią. Przyjechał Pan do Elbląga i... co? Zaczął Pan chodzić wokół stadionu przy Agrykola, by dostać pracę?

- Nie, broń Boże (śmiech). Już nie pamiętam dokładnie, ale gdzieś tak na przełomie maja i czerwca odezwała się do mnie... Olimpia, sondując moje plany na przyszłość, wiedząc, że grać w piłkę ręczną przyjeżdża do Elbląga Kinga. Pytali o plany, o kompetencje i tak dalej. Wstępnie temat został podjęty, ale gdzieś to się po drodze rozmyło i podjęto decyzję, że po fuzji z Olimpią 2004, trenerem pozostanie jednak trener, którego de facto już w Olimpii nie ma, bo został urlopowany. Temat się rozmył. O Concordii wiedziałem niewiele. To znaczy, wiedziałem, że taki klub istnieje, ale nie kojarzyłem, że gra obecnie w II lidze. Okazało się, że grają, więc przeszedłem się na jeden z meczów. I, zupełnie przypadkowo, dostałem propozycję, by pobawić się z drugą drużyną Concordii. Ktoś gdzieś tam mnie wymyślił i finalnie zadzwonił do mnie pan Jacek Winczewski, obecny wiceprezes. Był nawet pomysł, żebym jeszcze trochę pograł. Ja jednak obecnie ruszam się tylko dla własnego zdrowia i chęci utrzymania sprawności. Ofertę jednak przyjąłem. Pomyślałem: „Co mi szkodzi potrenować trochę z młodymi chłopkami, pokazać im co nieco”. Nie byłem jednak świadomy, że spirala zacznie się nakręcać. Mam co prawda skończony kurs UEFA A i mogę prowadzić II ligę, ale początkowo nie myślałem o prowadzeniu pierwszego zespołu w ogóle. Dopiero później temat się niechcący rozdmuchał. Nie z mojej winy. Ktoś mnie spotkał, z kimś porozmawiałem, ktoś zadzwonił... Niektórzy dopytywali nawet wprost, kiedy będzie zmiana. Szczerze mówiąc, ja nawet nie byłem zwolennikiem tej zmiany. Po pierwsze – nie w trakcie rundy. Po drugie – nie tuż przed meczem z Olimpią. Tak się jednak stało, i tyle. Nie zamierzam się jednak tłumaczyć, choć dochodziły do mnie bardzo różne głosy. Słyszałem m.in. o rozżaleniu trenera Matza. Ja uważam jednak, że nikogo z siodła nie wysadziłem. Po prostu przyjąłem ofertę, po tym, jak trener Matz został zdymisjonowany. Tyle.

- Załóżmy, że zimą pojawia się znowu oferta z Olimpii. Co Pan robi?

- To by dopiero było (śmiech)! Tak serio, wydaje mi się, że ta oferta już raczej nie wróci. Moje wyniki są takie i przegraliśmy tak dużo meczów, że mój wizerunek jako trenera, na razie i tak się nie poprawi. Poza tym, z tego co słyszałem jest już kandydat na trenera Olimpii... Ale to nieistotne w tej chwili. Tak naprawdę, nie wiem, co odpowiedziałbym, gdyby rzeczywiście taka propozycja padła. Na pewno miałbym do zgryzienia twardy orzech, bo jednak jestem działaczom Concordii bardzo wdzięczny. Zaufali mi przecież i dali okazję do tego, żebym zaczął to wszystko powoli ogarniać. Jeżeli byłyby propozycje i z Olimpii, i chęć współpracy ze strony Concordii, to chyba jednak starałbym się podejść do tematu lojalnie. Próbowałbym pozmieniać coś w Concordii, bo, tak jak powiedziałem, w tym klubie jest mnóstwo do zmiany. I nawet jeśli miałbym spaść z II ligi, to z podniesioną głową.

- Mówi Pan, że Pana wyniki z Concordią sprawiły, że na razie trudno byłoby Panu zaczepić się gdziekolwiek indziej. A czy w ogóle przygodę z trenerką traktuje Pan jako sposób na życie? To właśnie to ma być to „życie po życiu” po zakończeniu kariery?

- Na początku tak nie było. Robiłem krok po kroczku kursy trenerskie: instruktor, trener II klasy, teraz, niedawno, trener UEFA A... Ale nie byłem do końca przekonany. Zaraz po zakończeniu grania w Ruchu, bo trzeba podkreślić, że jednak oficjalnie to ja jeszcze tego grania w piłkę nie zakończyłem...

- ...no tak, nie było kwiatów, meczu pożegnalnego...

- To prawda. Nie usłyszałem nawet „dziękuję”. Po prostu zostałem w moim klubie na innym stanowisku, zajmując się sprawami marketingu. Jakoś tak płynnie przerodziło się to w koniec kariery. Sam, gdzieś na jakimś blogu, napisałem tylko, że wygląda na to, że jestem w szatni „Niebieskich” po raz ostatni jako piłkarz. I tyle. To było tylko takie moje osobiste podsumowanie. Oficjalnie zakończenia kariery jednak nie ogłaszałem. Nawet teraz chodziło mi jeszcze po głowie, by zgłosić się do rozgrywek i pomóc chłopakom w II lidze. Na szczęście jeden z kolegów po fachu skutecznie wybił mi to z głowy, sugerując, że poziom II ligi to już nie jest ten poziom, by trener „grał sobie z chłopakami” i pokazywał, jak to wszystko ma wyglądać.

- Forma fizyczna jednak jest. Wygląda Pan prawie jak Cristiano Ronaldo, a nawet na ten wywiad przyjechał Pan prosto z... siłowni.

- No tak, forma jest (śmiech). Nie ukrywam, że przykładam do tego wagę. Siłownię odwiedzam kilka razy w tygodniu, często trenuję razem z chłopakami, wchodzę nawet do gierek na treningu. Ciągnie mnie jeszcze na boisko. Myślę, że trochę treningu i spokojnie mógłbym jeszcze na poziomie II-ligowym pograć. Ta nasza II liga nie jest przesadnie silna.

- No, a umówmy się, że z przygotowania atletycznego i sportowego trybu życia słynął Pan przez całą karierę.

- Staram się to jakoś cały czas kultywować, bo źle bym się czuł, gdyby pojawił mi się brzuszek lub gdybym raptem zaczął się źle odżywiać. Trzymanie sportowej diety nigdy nie było dla mnie wielkim problemem, a do tego jest u mnie jeszcze okej jeśli chodzi o przemianę materii. Ewentualny powrót do piłki byłby chyba tylko kwestią podkręcenia wydolności poprzez treningi. Ale nie o to mi już chodzi. Już wiem, że chcę być trenerem i zrobię wszystko, żeby nim być. W poniedziałek, zaraz po ostatniej kolejce, wybieram się na staż do Hanoweru, który załatwił mi Artur Sobiech. Uczę się teraz pokory, bo przegrałem jako trener sześć meczów z rzędu, a jutro może być siódmy przegrany mecz z kolei, ale nie położę się przecież i nie powiem: „Rzucam to, jestem trenerem dupy”. Nawet jeśli znajdzie się grupa ludzi, która będzie tak myśleć, to mimo wszystko, będę to robić dalej. Mam świadomość, że przez ostatnie dwa miesiące zrobiłem w Concordii prawie wszystko, co w obecnej sytuacji się dało. Mam to w dużej mierze udokumentowane i w każdej chwili mogę podjąć na ten temat polemikę z każdym postronnym obserwatorem.

- Wie pan, jakim trenerem chce być Wojciech Grzyb?

- Moim idolem jest Diego Simeone. Bardzo podoba mi się jego styl, a Atletico pod jego wodzą, to mój ulubiony klub w La Lidze. Bardzo podoba mi się to, co zrobił z tym zespołem i jaki nadał mu charakter. Ze średniaka przemienił Atletico w zespół, który może niemal jak równy z równym walczyć z Barceloną i Realem. Wydaje mi się, że Simeone przy linii jest takim samym walczakiem, jakim był na boisku. Na obecną chwilę, to co reprezentuje, to dla mnie optymalny profil trenera.

- Sorry, ale po grze Concordii na razie trudno się domyśleć, że ma to być takie „małe Atletico”...

- Zdaję sobie z tego sprawę. Muszę jednak zaznaczyć, że Concordia nie jest moją pierwszą pracą trenerską. Pół roku temu pracowałem już w beniaminku, w III-ligowym Górniku Wesoła i uważam, że bardzo fajnie te pierwsze pół roku wyglądało. Też przyjąłem zespół już w trakcie rozgrywek, ale pewne rzeczy były tam troszkę inne niż obecnie w Concordii. Ja mogę przegrać mecz, jeżeli widzę, że moi zawodnicy są słabsi. Że zrobili wszystko, ale przegrali, bo rywal był lepszy. Realizowali zadania, które sobie nakreśliliśmy, starali się walczyć ze wszystkich sił. Okej. Nie jestem jednak w stanie przejść obojętnie, gdy widzę niewłaściwe podejście, słabą mentalność lub to, że komuś się nie chce.

- Wspomniał Pan o tym, że o pożegnaniu z Ruchem napisał Pan m.in. na blogu. Pana zamiłowanie do mediów i social media to kolejny charakterystyczny element Wojciecha Grzyba. Współpracuje Pan z Canal+, chętnie udziela Pan wywiadów, udziela się Pan mocno na Twitterze... Niektórzy odbierają to pewnie jako nachalny lans, ale akurat mi bardzo się ta Pana medialna aktywność podoba. Mam wrażenie, że szczerze Pan to lubi i nie ma w tym żadnego wyrachowania. Po prostu lubi Pan „być w obiegu”.

- To prawda. Zawsze lubiłem być blisko z kibicami i wchodzić z nimi w interakcje, nawet gdy jeszcze nie było tych wszystkich mediów społecznościowych, które teraz tak mocno to wspólne funkcjonowanie ułatwiają. Czy w Odrze Wodzisław, czy w Ruchu Radzionków, czy w Ruchu Chorzów, gdzie – jak wiadomo – byłem wychowankiem, starałem się z kibicami dobrze żyć i jak najlepiej komunikować. Nie zapomnę jednak, gdy będąc w Ruhcu Radzionków, w sezonie kiedy spadaliśmy z ligi, kibice bardzo słabo nas wspierali i mocno krytykowali na różnych forach internetowych. Już wtedy, przybierając pewien logi, starałem się z nimi polemizować. Prowadziłem z nimi polemikę, a oni widzieli, że prowadzi ją piłkarz, ale nie potrafili mnie do końca rozgryźć (śmiech). To były takie moje początki aktywności medialnej czy też, w tym wypadku, pseudomedialnej. Na pewno nie chodzi mi o to, żeby się jakoś lansować. Najłatwiej byłoby wykorzystywać do tego Facebooka, ale teraz się, czy konta na Fb zupełnie nie deaktywować. Media bardzo mocno z tego korzystają i nie da się wyrazić w normalny sposób żadnej opinii . Zaraz robi się wielkie „halo” i powstaje szokujący artykuł. Nie chcę się sam na to narażać.

- Jak tak teraz rozmawiamy, to mam wrażenie, że Pan właśnie jest gościem, który lubi porozmawiać. Tak po prostu: wdać się w dyskusję.

- Chyba tak. Polemika to coś, co lubię. Bardzo często, w życiu prywatnym, walczyłem ze stereotypem „typowego piłkarza”. Najczęściej chodziło tu o relacje damsko-męskie. Gdy tylko usłyszałem od jakiejś kobiety, że „typowy piłkarz...”, natychmiast budził się we mnie przekorny duch, który tak długo kazał ją przekonywać, aż się w końcu udawało (śmiech). Nigdy nie zgadzałem się ze stwierdzeniami, że „piłkarze to, piłkarze tamto”. Zawsze strasznie mnie takie teorie denerwowały.

- Nic dziwnego, bo jest Pan absolutnym zaprzeczeniem stereotypowego piłkarza.

- Mam nadzieję, bo zawsze starałem się takim kimś być. Za namową mamy nigdy nie odpuściłem nauki i, z perspektywy czasu, myślę, że było warto. Na pewno nie żałuję. Warto było namęczyć się, pogodzić pewne rzeczy i zarwać tych kilka nocy, by, wracając z meczu, nauczyć się, a rano lecieć na egzamin. Samo tylko granie w piłkę i skupianie się na tej jednej dziedzinie życia, byłoby chyba trochę zbyt krótkowzroczne. Na szczęście piłkarze coraz częściej zauważają, że można studiować nie tylko wychowanie fizyczne ;) Wracjąc jeszcze do poprzedniego wątku, muszę dodać, że najbardziej z mediów społecznościowych wciągnął mnie chyba Twitter. W fajny sposób można tam prowadzić fajne rozmowy ze znanymi personami. A mnie skusi czasem, by napisać co nieco o kadrze albo ocenić ligową kolejkę. Lubię w ten sposób prowokować dyskusje.

- A telewizja? Bardzo fajnie wypada Pan w roli eksperta Canal+. Nie jest to droga bardziej pociągająca niż praca trenera?

- Nie. To świetne, wciągające zajęcie, ale nie jest dla mnie ważniejsze od trenerki. Gdybym miał wybierać, miałbym oczywiście poważny dylemat, bo już jako czynnego zawodnika ciągnęło mnie, żeby komentowania spróbować. I dlatego, gdy nadarzyła się okazja, zaznaczyłem swoją gotowość. Znam trochę Tomka Smokowskiego i Andrzeja Twarowskiego, więc, kiedy była okazja, zagadnąłem ich delikatnie. Rzuciłem temat i już po kilku miesiącach się odezwali. Sprawia mi to frajdę, choć wiadomo, że raz jest lepiej, a raz gorzej.

- Ostatnio komentuje Pan chyba rzadziej, prawda?

- Wiadomo, jestem rzadziej, bo priorytetem stała się Concordia. Na wszelki wypadek, umawialiśmy się pierwotnie z trenerem Pelcem, że wyjazd na komentowanie meczu może zakłócić moja obecność na jakimś treningu czy nawet meczu. Na szczęście jednak do takiej sytuacji jeszcze nie doszło. Jak na razie, nie opuściłem w Concordii ani jednego meczu i ani jednego treningu. To dla mnie ważne, bo dzięki temu mam czyste sumienie jeśli chodzi o moje zaangażowanie w pracę. Nikt nie może mi nic w tej kwestii zarzucić. Oczywiście zrezygnowałem świadomie z komentowania kilku meczów, ale to był mój wybór. Teraz kończy się sezon, więc trochę nadrobię. W niedzielę będę na meczu Lechii z Ruchem, a później, tak liczę, skomentuję jeszcze ze dwa spotkania w tym roku. Nie ukrywam, że to po prostu lubię i daje mi to dużo satysfakcji.

- Z łączeniem obowiązków radzi Pan sobie świetnie, ale zastanawiam się, co zrobiłby Pan, gdyby żona odeszła ze Startu ze względu na lepszą propozycję. Łącznie roli męża szczypiornistki z rolą trenera może być jeszcze bardziej karkołomne niż łączenie roli męża szczypiornistki z piłkarzem.

- Na szczęście na razie Kinga dopiero przyszła do Startu i nie planuje transferu (śmiech). Powiem Panu jednak szczerze, że nie braliśmy pod uwagę takiej ewentualności w najbliższym czasie. Jeżeli w ogóle Kinga miałaby gdzieś odejść, to po sezonie. A na razie sezon jest w trakcie. A w przyszłości? Będziemy musieli znaleźć jakiś konsensus. Znajdowaliśmy go, kiedy grałem w piłkę, więc znajdziemy i teraz. Kinga po urodzeniu dziecka zgodziła się przecież, żeby grać w Ruchu, który był teoretycznie słabszy od Piotrkovii, w której grała wcześniej. Wiedziała, że mam jeszcze kontrakt w Chorzowie, więc pograła przez dwa lata w Ruchu. Gdy ja zakończyłem granie, uznaliśmy, że czas, abym ja ustąpił i tak właśnie było w przypadku przenosin do Elbląga.

- Nie ma zatem ujmy na honorze.

- Nie, absolutnie. Byłem nawet ciekaw życia w innym regionie, bo cała moja kariera toczyła się na Śląsku i nigdy poza Śląsk nie wyjeżdżałem. Były jakieś propozycje, ale jakoś nigdy nie nic z tego nie wyszło.

- Nie czuje się Pan w Elblągu trochę jak postać z piosenki Stinga „Englishman in New York”?

- Trochę tak. Ludzie cały czas mnie pytają, jak podoba mi się Elbląg, jak mi się mieszka. I muszę powiedzieć, że nie jest źle. Nie zgodzę się z twierdzeniami, że „Elbląg to dziura”. Wiem, ze wiele osób chce stąd wyjeżdżać, ale moim zdaniem to miasto ma swój urok. Jestem nim miło zaskoczony.

- No, ale śląskiego powietrza pewnie trochę brakuje?

- Brakuje. Brakuje na przykład ślonskiej godki (pisownia fonetyczna – red.) i czasem muszę zadzwonić do jakiegoś kolegi, by pogadać sobie normalnie po ślonsku. Z drugiej strony mamy niedaleko, bo w Tczewie, teściów, czyli rodziców Kingi, która pochodzi właśnie z Tczewa. Przez dwa lata naszą Amelkę mieli dla siebie tylko moi rodzice, a teraz w opiece nad córką pomagają też dziadkowie z Tczewa. Tęsknią za to moi rodzice. To taki przykład sprawiedliwości losu (śmiech).

- Ale docelowo i tak Śląsk, prawda?

- Pewnie tak, choć tego do końca nigdy się nie przewidzi. Docelowo to marzy mi się ten Nowy Jork, o którym Pan wspominał. Byłem tam raz i poznałem człowieka, który od momentu spotkania bardzo mnie ciągnie do siebie, namawiając na przyjazd. Na razie to jednak odpada. Dopóki Kinga gra, będziemy się obracać raczej w obrębie naszego kraju. Już teraz mogło być przecież inaczej. Gdyby Kinga trafiła do Lubina pewnie nie rozmawialibyśmy teraz o Concordii i mojej pracy w Elblągu.

Rozmawiał Piotr Gajewski

Komentarze

  1. izka 2013-11-24 06:38:25 (user-***-***-***-***.play-internet.pl) #39867 0:0 zgłoś

    natomiast ty baranie z Elbląga wracaj jak najszybciej do szkoły, "Olimpii" pisze się przez dwa ii, żenada

  2. coralGOL 2013-11-23 22:31:44 (user-***hufh.cable.mindspring.com) #39861 0:0 zgłoś

    mam nadzieje, ze nikt przy A8 nie wpadnie na "pomysl" zatrudnienia tego pana w roli trenera pierwszego zespołu. Wcześniej taka myśl zakiełkowała komuś w głowie i niewykluczone, że odżyje. Broń Boże.

  3. xxxxxxxxx 2013-11-23 20:15:31 (***.elblag.vectranet.pl) #39840 0:0 zgłoś

    chlopie wracaj jak najszybciej na Slask, tu juz patrzec na ciebie nie moga,a o Olimpi to zapomnij, tam idzie naprawde trener z prawdziwego zdarzenia

  4. kibol 2013-11-23 19:57:56 (***.elblag.vectranet.pl) #39838 0:0 zgłoś

    OLIMPIA w zyciu nie wziela by takiego patalacha i nieudacznika bez honoru

  5. lol 2013-11-23 17:40:30 (***.braniewo.vectranet.pl) #39826 0:0 zgłoś

    dobry typ.Sportowiec za dyche ,nie wie ze Conca gra w II lidze.ladnie sciemnia.i tak na wiosne bedzie w Olimpii przeciez tam dazy

Dodaj swój komentarz

                    
#    # #   #      # 
#    #  # #       # 
#    #   #        # 
#    #   #        # 
 #  #    #   #    # 
  ##     #    ####